Co Polki sądzą o swoich szefowych i czy kobiety nadają się na wysokie stanowiska?

Ja wiem, tytuł taki… no z pogranicza dobrego smaku. Wy zaś wiecie, że muszę dbać o poczytność – inaczej wpadnę w depresję i z dnia na dzień rzucę pisanie, a jestem całkowicie pewna, że Wasz świat ległby wtedy w gruzach (sorki, nie mogłam się powstrzymać). Żartuję – nigdy Was nie opuszczę. Na wstępie muszę zaznaczyć ważną rzecz. Jak się pewnie domyślacie w naszym kraju jest z jakieś dwadzieścia (a może więcej) milionów przedstawicielek rodzaju żeńskiego. Nie gadałam z nimi wszystkimi. I o tym pamiętajmy.

Zarówno jako mała dziewczynka, jak i dorosła kobieta od wielu mężczyzn – wykształconych i nie – słyszałam w swoim życiu, że posady prezesów nie są dla nas. Zanim zaczniecie się oburzać i obrażać w swoich myślach na te bezczelne, szowinistyczne przecież świnie dajcie mi chociaż dokończyć artykuł – bo co się mam na darmo produkować.

Moje doświadczenia w pracy z kobietami jako przełożonymi zaczęły się dość wcześnie. Jako siedemnastolatka dorabiałam w barze gdzie właścicielem był facet, ale me-ne-dże-rką już jego mademoiselle. Dobrze się z nią rozmawiało o głupotach, ale jako matka przełożona była do kitu. Mniej więcej raz na trzy miesiące zrywała ze swoim lubym i rzucała wszystko ostentacyjnie po czym nagle wracała, jakby wyszła po bułki i ustanawiała co rusz to nowy porządek rzeczy. Ogólnie uważałam wtedy, że była szurnięta. Później przeniosłam się do innej knajpki. Wszystko było okej poza tym, że plotki stanowiły… 3/4 dnia. O najwyższym z najwyższych, o współbraciach, o klientach… najświeższe newsy siedem dni w tygodniu. TVN przy niej nie był na bieżąco a wychodząc z pracy wiedziałaś, że przyszła kolej na Ciebie. To jest jeszcze nic.

Moja trzecia – o, ta to dopiero była gwiazdą holiłódzkiej estardy. Zatrudniała jako barmanki i kelnerki młode studentki. Na czarno. Potrafiła kilka miesięcy odwlekać zawarcie umowy zlecenie. Nie bez powodu – jak się okazało zaraz po podpisaniu śmieciówki robiła w kasie przysłowiowe manko, zwalając winę na tych maluczkich. Wpadła, gdy jako jedyna nie dałam się jej zastraszyć i zgłosiłam sprawę wyłudzeń na policję. Jak się okazało ja byłam wierzchołkiem góry lodowej w całym bagnie jej matactw. Miałam też jedną szefową, która była bardzo fajna. Miała na imię Paulina i jeśli kiedyś to przeczyta to cieplutko ją pozdrawiam – jest jedyną babką z wymienionych, której nie wysłałabym do psychiatry.

W końcu, moi kochani czytelnicy, odpuściłam sobie pracę z kobietami. Ogólnie zawsze preferowałam męskie towarzystwo. Moje przyjaciółki mogę policzyć na palcach jednej ręki i są to najwspanialsze duszyczki tego świata.

Z pracy z mężczyznami (co wiem z doświadczenia) wynika mnóstwo plusów. Przede wszystkim sprawy są jasne. Oni nie chodzą naburmuszeni, bo im fizjologia dokucza (jakby pracownicom nie dokuczała), nie zieją pasywną agresją z powodu swojego braku asertywności oraz nie obrabiają tyłka na prawo i lewo. Tak, ja lubię z nimi pracować. Czas leci szybciej, a świat jest prostszy (pozdrawiam też swojego ostatniego szefa, który był najlepszym z najlepszych).

Mam kilka znajomych, których doświadczenia były jeszcze gorsze, ale szanuję ich prywatność i nie będę przytaczać tych historii. Powierzyły je mi, więc rozumiecie, że obowiązuje mnie tajemnica (chcemy wolność słowa!!! Jaka wolność słowa… wynocha mi <3). Jestem pewna, że sami moglibyście opisać całkiem sporo takich sytuacji.

Dlaczego tak się dzieje? Jako młoda naukowiec muszę przypomnieć Wam, iż moja opinia to nie statystyka. Mówimy o jednostkowym experience i to z pracy z tymi, które tak naprawdę nic nie znaczyły w polskim business-world. Nie wiem jak się sprawują przedstawicielki Wenus zarządzające potężnymi, międzynarodowymi korporacjami. Nie wiem nawet jak to wygląda w Warszawie, Krakowie, Gdańsku… może wszędzie jest pełno takich, a może i nie.

Personalnie mam jednak pewne wyjaśnienie tego zjawiska. Jakby nie patrzeć to nasze perspektywy rozwoju zawodowego są całkiem świeże w historii ludzkości. Dla nas dyrygowanie kimś innym niż mąż jest po prostu trudne (boże, jak ja tego nie popieram – traktuje M jako równego sobie i jego słowo jest dla mnie szalenie ważne. Czasami nawet nie przestawiam jego rzeczy z mojej ukochanej komody). Nie potrafimy jeszcze postawić sobie granicy między życiem prywatnym a sferą zawodową. Wydaje się nam, że to co działa w domu ma taką samą racje bytu w pracy, dlatego siejemy ploty, mamy humorki jakbyśmy myślały, że to kogoś obchodzi i nie umiemy wprost wyrażać własnej opinii. Próbujemy tych samych sztuczek – ględzimy, aż w końcu całe otoczenie ma nas dosyć albo psujemy atmosferę swoją pretensjonalnością bo nauczyłyśmy się, że jak po godzinach zatruwamy innym życie i nas słuchają, to za drzwiami biura też będą.

Równie ważny jest aspekt społeczny – femina na wysokim stanowisku czuje się jakby wygrała maraton w Paryżu. To przecież ona. Zwyciężczyni plebiscytu przynieś mi kawę, Kasia. Do tego dochodzi urojona presja – nierzadko uważamy, że wymaga się od nas więcej i dzięki temu możemy więcej, bo JESTEŚMY KOBIETAMI. Co jest zupełnie absurdalne, bo zdradzę Wam sekret… mężczyźni mają to gdzieś. Nie głoszę tu niczego w stylu kobiety do garów. Dostrzegam jednak, że nasze sukcesy to takie baby steps i jeszcze sporo czasu minie zanim zaczniemy godnie kroczyć po arenie władzy i pieniądza. Zanim zaczniemy zachowywać się tak by druga strona nie miała powodów do śmiechu i przekonania, że się do tego nie nadajemy… czyli PROFESJONALNIE.

Nie umiem Wam odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule, bo żeby to zrobić każdy z Was musiałby podzielić się TUTAJ swoimi wrażeniami. Dopiero łącząc Wasze opinie z moją zarysowałby się nam jakiś ogólny obraz tego czy jest pozytywnie, czy przeciwnie. Tak samo z tym czy to jest działka dla women. Na ten moment wiem tyle, że nie lubię pracować z kobietami, które są wyżej ode mnie bo to tragedia przez duże T z reguły (zdarzają się wyjątki). Między innymi ze względu na to o czym pisałam (bo powodów jest znacznie więcej). Być może za jakieś pięćset milionów lat zarządzanie zasobami ludzkimi będziemy wysysać z mlekiem matki. Kto wie – na pewno la istoria (pominęłam „h”) musi dać nam jeszcze trochę czasu.

 

 

 

 

3 myśli w temacie “Co Polki sądzą o swoich szefowych i czy kobiety nadają się na wysokie stanowiska?

  1. Mogę powiedzieć ze swojego podwórka. Szkoła państwowa. Jako nauczyciel, a przepracowałam już 35 lat w szkołach, mogę rzec, że czy to chłop, czy baba jednako dobrze dyrygowali. Ostatnim jest mężczyzna. Człowiek, który marzył o tej pracy, oddaje się jej bez reszty i bardzo rozsądnie z pełnym wyważeniem zarządzał szkołą i nami. Dużo dla niej robi i umie to robić. Zawsze sprawiedliwy. Przed nim długo dyrektorką była starsza pani. Bardzo ją lubiłam. Matkowała mi w pewien sposób i teraz kiedy widziałyśmy się powiedziała, że od początku ujęłam ją uśmiechem, komunikatywnością. A jeśli chodzi o salony spa, to tam wolę mężczyznę za szefa. Te ploty z bakami mogą wykańczać i pokazywanie jej szefowej wyższości też. Ale myślę, że może być różnie, nie zależnie od płci. Jeszcze wspomnę, że w latach 80 moim dyrektorem był mężczyzna, przystojniak samotny, który wybierał sobie nauczycielki i pokątnie były przymuszane do amorów z nim. Ale to były czasy, kiedy słowo molestowanie, mobbing było jeszcze w uśpieniu. Pozdrawiam Was.

    Polubienie

    1. :O o kurcze… przeczytałam, a po ostatnim zdaniu wszystko zapomniałam… a teraz pseudofeministki łażą po ulicach, że im źle, bo za swoją mniejszą robotę dostają mniejszą kasę… ja tam zawsze mówiłam, że do Bangladeszu z nimi.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close